Nasze wloskie wakacje – top 5

Italia mojej dorosłości siłą rzeczy odnosiła się do tego co zapamiętałam z wakacji w dzieciństwie. Zresztą stanowczy głosik – Mamo, powinnaś wiedzieć, przecież tu byłaś! – często mnie na tych torach utwierdzał. Porządkując wrażenia wybieram więc pięć najfajniejszych rzeczy, takich które najbardziej przemówiły do dorosłej mnie. Część z nich to miejsca, a część nie.

Chioggia

To nie Wenecja! Na miejsce wakacyjne wybraliśmy Chioggię.

1. Pomposa – natchniony spokój

Pomposa mozaika

Opactwo w Pomposie było zdecydowanie najlepszym miejscem do jakiego trafiłam w te wakacje. Tak wyjątkowym, że nawet nie wiem jak je opisać. Mały ceglany kościółek z arkadowymi zabudowaniami obok, cichy park z małym mostkiem i leniwą wodą pod nim. Niezmierna płaskość delty Padu dookoła, wszystko złote od popołudniowego słońca. Nie brzmi to wyjątkowo, na początku zresztą takie nie było. Moje wrażenie zmieniło się kiedy weszłam do kościoła. Niewielkiego wnętrza pokrytego freskami. Wyblakłe już kolory, łukowate przejścia w bocznych nawach, wyniesiony wyżej ołtarz, przepiękna mozaika na podłodze. I spokój. Dokładnie taki jakiego można spodziewać się od modlitwy. I to było najważniejsze – od progu było wiadomo, że to kościół, chciało się tam być.

Nie powiem, że nie było turystów, bo byli. Jednak stosunkowo nieliczni, bez tłoku i kolejki, sporo na rowerach. Nikt się nie spieszył. Mój mąż mówi, że brakuje skali, żeby porównać to miejsce z Bazyliką św. Marka w Wenecji.

Opactwo w Pomposie

Pomposa wnętrze

2. Padwa – niebieska kaplica zamiast języka

podcienia w Padwie

Padwę pamiętam z dzieciństwa. To znaczy głównie pamiętam mieszaninę przerażenia i fascynacji na temat języka św. Antoniego eksponowanego jako relikwia w tamtejszej Bazylice oraz wielką magnolię na jej dziedzińcu. Tym razem zobaczyłam zupełnie inną stronę tego miasta – dosłownie, bo przyjechaliśmy na dworzec po drugiej stronie zabytkowego centrum i w przytłaczającym upale już do Il Santo nie dotarliśmy. Przyciągnęła nas pokryta freskami Giotta Kaplica Scrovegnich. Niebieściutki sufit w gwiazdy, sceny z życia Jezusa i fascynująca dla najmłodszych, sugestywna scena Sądu Ostatecznego na ścianie wejściowej.

– Mamo, czy Jezus się przyjaźni z Diabłem? – Nie, skąd. – To czemu mu daje tych złych ludzi?

I podcienia, na każdej ulicy, każdym placu, niemal wszędzie. Zbawienne przy tych 36 stopniach, bo można sobie na nie bimbać i zwiedzać jak gdyby nigdy nic. No w każdym razie prawie jakby nigdy nic.

Padwa

Padwa - szukanie cienia

3. Ferrara – najnormalniejsze ceglane uliczki

uliczka w Ferrarze

Ferrara była dla mnie nowością. Zachwyciła mnie swoimi zwykłymi uliczkami. Niekoniecznie tymi najbardziej głównymi, raczej tymi mniejszymi, wąskimi, jednolicie ceglanymi, prawie bez żywej duszy. Jakby taka uliczka to było coś najnormalniejszego pod słońcem. A w samym centrum, jak już się z tych uliczek wyłoniliśmy – niespodzianka. Wielki, monumentalny czerwony zamek. Z fosą – zamieszkiwaną przez karpia giganta i dziedzińcem, na którym ku uciesze syna w zgrabnych kupkach ułożono kule armatnie. Jest jeszcze katedra ze spektakularną fasadą i gryfami czy innymi gargulcami przycupniętymi w marmurze przed nią, zapraszającymi, żeby się na nie gramolić. A do katedry z boku dobudowano szereg sklepików, taki mix sacrum i profanum. Nie udało nam się obejrzeć palazzy ze wspaniałymi ponoć freskami, bo był poniedziałek. W ogóle prawie je przegapiliśmy, z zewnątrz nie powalają wyjątkowością, mój mąż oznajmił, że wyglądają jak bialska Befama czy inna fabryka.

Zamek Ferrara

Ferrara

Katedra w Ferrarze

To właśnie sklepiki dobudowane do boku katedry.

4. Nie ma wakacji we Włoszech bez pizzy

Pizze jedliśmy co najmniej co drugi dzień – z tego prostego powodu, że oferowały mniej pułapek dla dziecięcych podniebień niż makarony. Te ostatnie były ok w czasie zamawiania, a na talerzu okazywało się, że mają to paskudne białe coś, czego absolutnie nie można zjeść i co dyskwalifikuje całe danie. Nie narzekam jednak. Pizze były pyszne, cieniutkie i chrupiące. A jakie kompozycje smakowe! Na długo zapamiętam czerwoną cykorię z pieczoną wołowiną… Bakłażan i parmezan też mi przypadł do gustu.

Pizza z bakłażanem

5. Pranie powiewa

I ostatnia fajna rzecz – suszenie prania na świeżym powietrzu. W bocznych uliczkach i na głównych placach. Czarne, białe, kolorowe, pościele i bielizna, powiewające w delikatnym wiaterku. Chyba każde mieszkanie dysponowało przemyślnym systemem zaokiennych sznurków, które dało się przesuwać, tak, żeby wysłać pranie na odległy koniec ściany. A ja chodziłam i patrzyłam na porozwieszane nade mną ubrania wydymające się na tle pomarańczowych i czerwonych murów i myślałam, że może niepotrzebnie chowam domową suszarkę przed gośćmi.

Pranie w Italii

Do piątki nie włączam uroczej Pellestriny – bo o niej po prostu napiszę oddzielnie.

Ps. Aranciata smakowała jak płynne landrynki. Na szczęście Lambrusco to znacznie lepsza „oranżada” dla dorosłych.

Reklamy

3 responses to “Nasze wloskie wakacje – top 5

  1. Piękne zdjęcia! Chioggia urocza, wygląda jak boczne uliczki Wenecji albo Comacchio (pamietasz?).

    • No właśnie nie byłam wtedy w Comacchio!!! Bardzo żałuję teraz. A Chioggia jest super, znacznie spokojniejsza a bardzo urokliwa i jedzenie dobre a tanie 🙂

  2. Pingback: Pellestrina – wyspa w ksztalcie wykrzyknika | [in]visible - blog o pieknie codziennosci·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s