Dla tych, co nad morzem

Nad morzem i w górach, teraz i niebawem – zestaw książek, które ja bym mogła czytać w każde wakacje.

Wakacyjne książki

Mój szef Anglik nie widzi sensu w czytaniu Tolkiena po szwedzku, cóż, ja próbowałam. Marquez nieobecny, bo pożyczony.

Pamiętam, że w dzieciństwie pakując się na wakacje, dokładałyśmy z mamą cichaczem dodatkowe książki do samochodu, żeby tata nie zauważył, że bierzemy ich więcej niż ustalony wcześniej przydział. W sumie nie wiem po co była ta reglamentacja, chyba z zasady, żeby ograniczać bagaż. Tak, wtedy nie znano jeszcze Kindli. Znana już była jednak kategoria książek „na wakacje” – szczególnie obiecujących, czasem specjalnie odłożonych na tę okazję, na czytanie w spokoju i miłych okolicznościach.

Czytanie w spokoju przy dzieciach jest dobrem rzadkim, jednak wyjątkowość wakacyjnych lektur trzyma się mocno. I choć ja lubię w wakacje odkryć czytelniczo coś nowego, to każdą z poniższych, sprawdzonych książek mogłabym też z przyjemnością zabrać. I to niejednokrotnie!

Listę otwiera:

„Świat według Garpa”, oczywiście. Uwielbiam chyba wszystkich głównych bohaterów i klimat i zawsze znajduję w niej coś nowego. Jest i śmieszna i smutna, ma idealną proporcję zwykłego życia i zdarzeń niezwykłych.

Kolejny jest Kundera. I tu, moim zdaniem, nie ma tak wielkiego znaczenia, co wybierzemy. Mniej zachwycają mnie nowsze książki (a w dodatku są cienkie, co pod kątem wakacyjnym jest minusem) osobiście wybrałabym więc pewnie „Walc pożegnalny” (w dodatku atmosfera sanatorium dość dobrze pasuje do lata), „Nieśmiertelność” lub klasyczną „Nieznośną lekkość bytu”.

Wakacyjne rozleniwiające upały kojarzą mi się zawsze z Macondo ze „Stu lat samotności” – bo w takich okolicznościach tę powieść czytałam, tracąc momentami rozróżnienie między rzeczywistością a magicznym światem Marqueza. I jest to wrażenie, które zdecydowanie warto powtarzać.

W klimacie granicy realności byłoby dla mnie też coś Murakamiego, na przykład „Kronika ptaka nakręcacza”. Mnie zawsze najbardziej zaskakują relacje między bohaterami, którzy są niezmiernie wycofani. To ich reakcje i zachowania są dla mnie bardziej egzotyczne niż pierwiastek magiczny, który opisany jest jakby był dużo bardziej zdrowo-rozsądkowy niż to co dotyczy „zwykłej” rzeczywistości. Jestem ciekawa jak te proporcje odbierają Japończycy.

Na drugim biegunie jest z kolei Vonnegut, ironicznie komentujący rzeczywistość. I w tym przypadku trudno byłoby mi się zdecydować na konkretną powieść, bo najbardziej cenię właśnie sposób patrzenia i język, jego niepowtarzalne puenty. Z tego powodu nie pamiętam akcji żadnej powieści (za wyjątkiem „Rzeźni nr 5”, z której treści miałam kiedyś egzamin), polecam więc próbować na własną rękę.

Nie byłabym sobą, gdybym nie umieściła tu jakiegoś Skandynawa. Uprzedzam jednak, że jest z nimi jeden problem – większość powieści, które czytałam jest bardzo smutna. Nie dotyczy to kryminałów (choć często i one walczą z problemami takimi jak neonazizm czy handel ludźmi) tylko, że kryminały trudno zaliczyć do kategorii do czytania wielokrotnego. Wakacyjnie zdecydowałabym się więc na Majgull Axelsson, bo jestem pewna, że w kolejnych czytaniach jej książki nie ucierpią. Ja swoją przygodę zaczynałam z „Domem Augusty”, ale wszystkie pozostałe powieści były równie wspaniałe i równie smutne.

I na koniec już klasyka absolutna – stary dobry „Władca Pierścieni”. Kolejne czytania mają tą przewagę, że człowiek jest już przygotowany na to, że będzie w końcu musiał rozstać się z bohaterami. Ja do tej pory pamiętam swoje rozczarowanie po zakończeniu trzeciego tomu – jak to, już nie ma ani strony więcej???

Jak widać moje wakacyjne czytelnictwo to sprawdzone, dość klasyczne powieści. Dlaczego nie ma tu literatury faktu? Po części dlatego, że w naszym domu jest ona przypisana do męża. Nasze preferencje są dość jasne – on uważa, że nie ma potrzeby czytać o rzeczach wymyślonych, skoro rzeczywiste wydarzenia, miejsca i ludzie są znacznie ciekawsi; ja twierdzę, że fikcja literacka czasem opowiada coś prawdziwiej niż fakty. Drugi powód jest taki, że dla mnie większość reportaży jest przygnębiająca. co nie do końca pasuje do mojej definicji wakacji jako zaczerpnięcia energii do zwykłego funkcjonowania.

Jeśli ktoś miałby ochotę polecić wakacyjną lekturę – będę po angielsku bardziej niż szczęśliwa!

Reklamy

4 responses to “Dla tych, co nad morzem

  1. Inspirujący zestaw, przypomniał mi o Vonnegucie, którego mam ciągle do nadrobienia (wstyd). Jak chodzi o literaturę skandynawską, to „Muzyka pop z Vittuli” jest pogodna i jak najbardziej „plażowa”, choć nie ma w niej nic z czytadła (dostałam kiedyś od Was, doskonała rzecz). Dla tych, co jadą nad Bałtyk dorzuciłabym „Tatuś Muminka i Morze” – i to nie tylko dla dzieci!

  2. Wszyscy chwalą Murakamiego, a ja jeszcze ani jednej książki od niego nie przeczytałam, czas to zmienić!
    Pozdrawiam, Paulina 🙂

  3. Podoba mi się sformułowanie „książka od Murakamiego” – jak „torebka od Prady”. Trzeba je zadomowić w polszczyźnie 🙂

  4. Pingback: Wish list | [in]visible - blog o pieknie codziennosci·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s