Kapcie muzealne

Kto nie lubi pociągów, no kto? I nie pytam tu o PKP tylko o pociągi – wielkie cielska z żelaza, stali, które jakimś cudem potrafią się rozpędzić i mknąć, uspokajając miarowym stukiem i zachęcając do skandalicznego marnowania czasu na patrzenie przez okno, bez celu, po prostu. Myślę, że większość je lubi. Lubią też dzieci karmione na dobranoc Stacyjkowem oraz Tomkiem i przyjaciółmi z upiornymi buźkami. Dlatego wycieczka do Skansenu Taboru Kolejowego w Chabówce wydaje się być dobrym pomysłem.

Skansen w Chabówce

Pociągów jest rozmaitość. Lokomotywy i wagony, stuletnie i nowsze, wielkie i mniejsze, a nawet pługi. Stoją i można sobie spokojnie uświadomić, że nawet do końca koła się niektórym nie dorasta. Pachnie żelaziście, jak w dzieciństwie, kiedy podróżowało się głównie pociągiem a nie samochodem i ten zapach nieodłącznie towarzyszył oczekiwaniu na przesiadkę, szczególnie w nagrzanym letnim powietrzu. Do którego wejść najpierw, który oglądać, teraz tu, tu!, jeszcze ja! Wspinanie się po wysokich schodkach i zaglądanie do kolejnych wnętrz. Niektóre klimatyczne, inne nudnawe, w innych potłuczone szyby i mnóstwo kurzu. Po pierwszym entuzjastycznym spojrzeniu przychodzi drugie – które zatrzymuje się na tej szybie, odłażącej płatami farbie, wertepiastym chodniku.

Pług kolejowy

DSC_0623

No idźcie, zwiedzajcie sobie, tam do tego wagonu można wchodzić, cały dzień tu można spędzić! – poleca nam pani sprzedająca bilety. I pewnie by można cały dzień spędzić – z nieco starszymi dziećmi z większą wyobraźnią, które bez problemu wymyśliłyby sobie jakąś kolejową zabawę. Bo skansen nie rozleniwia – nie podsuwa łatwych atrakcji*, nie prowadzi gościa jak po sznurku od jednej ciekawostki do drugiej. Sam możesz sobie wszystko odkryć, a jak nie dostrzeżesz połowy ekspozycji ukrytej za peronem to trudno. Nie jest łatwo być odkrywcą.

chabowka-farba

I jak tak sobie myślę o tej Chabówce, w zestawieniu z rosnącymi jak grzyby po deszczu w okolicy Andrychowa i Zatora parkami rodzinnej rozrywki, oferującymi sztuczne wieże Eiffla, świeżo wybudowane średniowieczne zamki i rozmaite dinozaury, to dochodzę do wniosku że brakuje w niej kapci muzealnych.

W dzieciństwie te filcowe ochraniacze z rozciągniętymi gumkami były warunkiem wstępu do każdego muzeum, istotniejszym nawet niż bilet. I skutecznie przysłaniały treść każdej wystawy. Bo albo bez przerwy spadały, zmuszając do przyklękania i poprawiania oraz ostrożnego chodu, albo kusiły do ślizgania się po długich, pustych przestrzeniach obok gablot. Potem zniknęły, można było do muzeów wchodzić w swoich butach, normalnie – taka nastała nowoczesność. Po zniknięciu muzealniaków zaczęło się też uczłowieczanie wystaw i zwiększenie szans na przyswajalność treści. Muzealniaki zostały mi więc w głowie jako symbol skansenu polskiej sztuki muzealnej.

I tak trochę jest z tą Chabówką – zamiast gablot mamy pociągi, a o user experience musimy zatroszczyć się sami. I sami zdecydujemy czy atmosfera upadku nam przeszkadza, czy nas smuci, czy nam zwisa. A także, czy dostrzeżemy wartość w tym, że mamy autentyczne eksponaty a nie ugładzone gipsowe namiastki.

chabowka-psy

chabowka-woda

tory-kwiatki

* za wyjątkiem wakacyjnych weekendów kiedy jedną atrakcję podsuwa – przejażdżkę pociągiem retro w kłębach autentycznej pary

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s