Czekajac na Gre o tron

Trzeba czekać, nie ma rady. W dodatku serial ma chociaż jasną datę premiery kolejnego sezonu, a o „Wichrach zimy” nic pewnego nie wiadomo. W międzyczasie coś trzeba robić (i niekoniecznie oznacza to jedzenie ciasteczek cytrynowych Sansy Stark).

Sansa i Littlefinger w sezonie 5

Źródło: HBO Sophie Turner as Sansa Stark and Aidan Gillen as Littlefinger. Photo Credit: Helen Sloan/HBO

Śląscy awanturnicy i ideały

Andrzej Sapkowski: Trylogia husycka – „Narrenturm”, „Boży bojownicy”, Lux perpetua” 

– Przeczytaj, bo chcę o tym podyskutować! – tak się zaczęło i trwa już trzeci tom. I jakoś teraz do mnie dotarło, że jest pewne podobieństwo w wypatrywaniu herbów, wymienianiu rodów rycerskich, w stronnikach łamiących dane słowa, spiskach i intrygach oraz wyrównywaniu rachunków. Generalnie – trylogia husycka Sapkowskiego dość dobrze nadaje się na czekanie na nowy tom „Gry o tron”.

Nie czytałam tej trylogii wcześniej, kiedy była „świeża”, więc teraz mam przynajmniej tę przyjemność, że mogę przeczytać ją na raz, nie czekając kiedy autor uwinie się z finałem. Jestem jednak popędzana pytaniami: a było już jak… I tym sposobem towarzyszę młodemu naiwnemu Reynevanowi w uganianiu się po średniowiecznym Śląsku a to za ukochaną, a to za ideałami, a to w rozdarciu między jednym a drugim. Przygody następują w tempie szaleńczym (szczególnie w tomie pierwszym, kiedy w pewnym momencie wydawało mi się, że bohaterowie nie jedli i nie spali przez jakiś tydzień, zajeżdżając w tym czasie konie i na każdym kroku cudem unikając śmierci), ale opisywane są przez narratora patrzącego na wydarzenia z graniczącym z drwiną dystansem. W tle szaleje wojna religijna, a rzezie nie ustępują martinowskim, tyle że w ogromnej mierze opierają się na faktycznych wydarzeniach. Nie jestem czytelnikiem, którego kręcą smaczki historyczne, da się to jednak czytać z mapą w dłoni i wikipedią w zasięgu.

No i choć średniowieczna w treści i językowo stylizowana jest to lektura o problemach jak najbardziej współczesnych. Na przykład biskupi są równie oderwani od rzeczywistości jak dziś (choć wydają się zdecydowanie bardziej rozumieć, że dla zwykłego czytelnika trzeba pisać zrozumiale – nieoceniony wątek listów od Jezusa, które „spadły z nieba”), a naiwność zachłyśnięcia się ideą odmienienia świata czy wybór miedzy obowiązkiem prywatnym i społecznym nigdy nie tracą na aktualności.

Czytam więc i dyskutujemy rodzinnie, zostało mi jeszcze pół tomu.

Kto się boi czerwia pustyni

Frank Herbert: „Diuna”, „Mesjasz Diuny”, „Dzieci Diuny”, „Bóg Imperator Diuny” (pozostałych części cyklu – są jeszcze dwie – jak dotąd nie czytałam)

Tutaj polityka zanurzona jest w piaskach Diuny / Arrakis, bezlitosnej pustynnej planety będącej jedynym źródłem cennej przyprawy i narkotyku – melanżu. Dlatego panowanie nad nią to nie byle gratka i wiele intryg kręci sie wokół niego. Mamy też wątek wybrańca, mesjasza, który łączy rdzennych mieszkancow z imperialną międzyplanetarną polityką. Dojrzewając do swojej roli, stopniowo dostrzega konieczność rezygnacji z własnego prywatnego życia, obserwuje krwawe konsekwencje decyzji ktore podjął i stara się opędzić od przerażających wizji przyszłości, które zawdzięcza przyprawie i swoim zdolnościom.

Uwielbiam Diunę bo czytałam ją po raz pierwszy dość wcześnie, mając wczesne kilkanaście lat, kiedy fantastyczny świat stworzony przez Herberta przemawiał do mnie dużo bardziej niż intrygi. Do dziś ekscytują mnie czerwie pustyni (gigantyczne potwory wynurzające się z piasku i tratujące wszystko na swojej drodze, których pustynni ludzie umieją brawurowo dosiadać), oczy „błękitne w błękicie” od zażywanego melanżu, zawiłe systemy pustynnych jaskiń i skomplikowane filtrfraki których pustynny lud używa do odzyskiwania całej marnowanej przez organizm wody. Głównego bohatera zapamiętałam też przede wszystkim jako chłopca (w wieku podobnym do mojego w czasie tego pierwszego dawnego czytania), a nie jako dojrzałego mężczyznę z brzemieniem odpowiedzialności na barkach.

Myślę, że ta lektura jest też do pewnego stopnia odpowiedzialna za moje postrzeganie polityki jako wyjątkowo niestabilnego gruntu, sytuacji mglistej i skomplikowanej, w której każda decyzja pociąga za sobą splot konsekwencji niemal nie do przewidzenia. Bohaterowie nigdy nie odpoczywają od kontrolowania swoich reakcji, nigdy nie wiedzą czy mogą zaufać nawet najbliższej osobie i nigdy nie siadają plecami do drzwi. Godne pozazdroszczenia życie!

Mistrzowski mix

Dan Simmons: „Hyperion”, „Upadek Hyperiona”, „Endymion”, „Triumf Endymiona”

Chyba łatwiej byloby powiedzieć o czym ten cykl nie jest. Bo jest w nim co najmniej: polityka, religia, przygoda, indywidualne motywy i dążenia bardzo różnych, niekoniecznie sympatycznych bohaterów – wszystko mistrzowsko spięte i pełne zaskoczeń do samego końca. Zaczyna się intrygująco – po co bowiem ktoś miałby z własnej woli ładować się prosto w objęcia koszmarnego niby-boga – kolczastego, bezlitosnego i okrutnego Chyżwara? A tutaj na wstępie tomu pierwszego poznajemy 7 osób, które to właśnie robią. Potem potrzeba odrobiny cierpliwości, żeby wciągnąć się w narrację – poznajemy motywy każdej z tych osób, a przy okazji z rozmachem wymyślony międzyplanetarny świat połączony systemem portali pozwalających na błyskawiczne przemieszczanie się między nimi. Cierpliwość czytelnicza na tym etapie (jakieś 100 stron jeśli dobrze pamiętam) zostanie jednak wynagrodzona wspomnianą już fascynującą pajęczyną zarysowanych wątków i wartkim rozwojem akcji. Akcja to jednak nie wszystko, spokojnie można to czytać jako krytykę religii – znów dostaje się biskupom i hierarchom, ale i całkiem zwykłym fanatykom. Fani spisków i rozgrywek politycznych również będą usatysfakcjonowani, podobnie jak fani Keatsa i jego poezji jest on bowiem (choć może trudno z tego skrótowego akcji w to uwierzyć) ważnym bohaterem.

Dla mnie jedną z wielkich zalet tej książki są bohaterowie właśnie – jest ich w tych 4 tomach mnóstwo, ale ma się wrażenie, że każdy, nawet trzecioplanowy jest przemyślany i żywy, kieruje się motywami, w które jesteśmy w stanie uwierzyć. W zasadzie gdybym miała wskazać moich ulubionych to raczej nie byliby to Ci najbardziej główni. Najlepiej zapamiętałam na pewno Sola Weintrauba (czytając byłam świeżym rodzicem i jego historia bardzo mnie poruszyła) i Meinę Gladstone – przewodniczącą Senatu Hegemonii Człowieka.

Na koniec chciałabym wrócić jeszcze na moment do stworzonego w tych powieściach świata – dla mnie jest mistrzostwem połączenia romantycznych opisów przyrody i nieograniczonej niczym fantazji (np. fascynujący epizod na planecie typu gazowy olbrzym, od tej pory już nie myślę o Jowiszu jak dawniej) z bardzo precyzyjnym mechanizmem działania technologiczno-cywilizacyjnych rozwiązań. Nie ma tu banalnego podziału na magiczno-sielskie a la średniowiecze i cyfrowo-metalowy świat współczesny, jest zupełnie inna jakość.

Jednym zdaniem – jeśli ktoś ma ochotę polecić mi coś w podobnym stylu – przyjmuję z otwartymi ramionami!

No i czekam na „Wichry zimy” oraz dalsze okruchy rodem z Westeros.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s