Capsule jeszcze

Ostatnio z kilku rozmów oraz z wymiany komentarzy pod poprzednim postem na ten temat wywnioskowałam, że warto jeszcze wrócić do kilku aspektów. Zamierzam napisać jak doszłam do punktu w którym odkrycie idei capsule wardrobe było przełomem a nie ulotną inspiracją.

Capsule Wardrobe

Żródło: unsplash.com

Stylistka

Najważniejszym krokiem bylo indywidualne spotkanie ze stylistką. Znalazła ją moja mama, przetestowała jej metody na sobie i zaproponowała mi analogiczne spotkanie jako prezent. Dowiedzialam sie w ten sposob kilku kluczowych rzeczy.

Po pierwsze, że kolory mają znaczenie. Niby oczywistość, ale co zobaczy się na własne oczy to trafia zupełnie inaczej niż wyczytane. Kilka prostych odsłon zabawy w „zamknij oczy, a ja przyłożę jedno z twoich kolorowych ubrań do twarzy i zobaczysz co się stanie” i zobaczyłam jak moja cera w towarzystwie jednych kolorów się rozświetla, a drugich szarzeje, jak usta robia sie czerwieńsze lub oczy bardziej wyraziste przez samo założenie odpowiedniej biżuterii, jak czary.

Po drugie typ kolorystyczny. Wyszło mi lato. Zakładam, że diagnoza jest trafiona, bo odkąd sięgam po zdefiniowane wtedy kolory, czuje że mi pasują, kilka razy zdarzyły mi się też komplementy w stylu „pięknie wyglądasz w tym różu„. No i jest z tego korzyść upraszczająca zakupy, o której już pisałam: nie patrzę na ubrania w „nie-mojej” kolorystyce. Ostatnio dowiedziałam się co prawda, że można być latem prawdziwym i nieprawdziwym (a w zasadzie dwoma różnymi nieprawdziwymi latami!), ale w to nie wchodzę – bo decydując się na moją aktualną capsule wardrobe i tak zawęziłam już swoją paletę kolorów i jest mi z nią dobrze.

Po trzecie typ sylwetki i fasony. I nie było to sztuczne wpasowanie w jeden z enigmatycznych szablonów zwanych klepsydrami, gruszkami i innymi takimi. Wyglądało to tak – ubierałam kolejno wszystkie posiadane ciuchy a stylistka je na bieżąco komentowała, pokazując optymalną długość dżinsów, korzystne rozmieszczenie ich kieszeni i niekorzystność przetarć. Chwytając w odpowienim miejscu szeroką spódnicę udowadniała jaki jej krój spowodowałby, że wyglądałabym zgrabniej. Pokazywała jak bluzka kończąca się w odpowiednim miejscu podkreśla talię, a ta dłuższa eksponuje za szerokie biodra. Każdą wyrazistą wskazówkę dokumentowała też zdjęciami – robiąc jedno wersji niekorzystnej i drugie – sugerowanej zmianie. Na koniec tego procesu zdawałam sobie sprawę z moich atutów (hmm, ze słabych punktów też ;)) i miałam w ręku kilka konkretnych sposobów jak przyciągać do nich uwagę. Miałam też materiał zdjęciowy, w razie gdybym zapomniała lub nie wierzyła na słowo.

Po czwarte – bezwzględna selekcja ciuchów. Tak, przerobiłam podział na te, które zostają i całą wielką stertę tych, z którymi się żegnam. Jestem przekonana, że sama byłabym dużo bardziej pobłażliwa w decydowaniu o konkretnych przypadkach. Pomógł też fakt, że ten sam proces przechodziła w tym momencie moja siostra – jednak zawsze razem raźniej.

I jeszcze – dowiedziałam się przy tej okazji, że prezenty „nietypowe” bazujące na jakiejś aktywności, zrobieniu czegoś niecodziennego są naprawdę tak fajne jak przypuszczałam.

Czy jest jakiś minus tego spotkania? Jest jeden – przestałam nosić spódnice. Wiem już dobrze jakie nie są dla mnie dobre. Wiem też teoretycznie jakie mi pasują. Jednak zupełnie nie umiem tej teorii przełożyć na praktykę. Na szczęście zawsze lubiłam sukienki!

Czego nie chcę

Drugi ważnym etapem mojej zmiany myślenia o ubraniach było uświadomienie sobie jakie podejście mnie nie przekonuje. Przeglądam różne blogi modowo-szafiarskie i część z nich przerażała mnie sekcją „co nowego ostatnio kupiłam”, która składa się z ubrań w liczebności bliskiej całej zawartości mojej szafy. Ostatnio dla zabawy starałam się policzyć liczbę zimowych okryć wierzchnich prezentowanych przez autorkę jednego z popularnych blogów i zgubiłam się w rachunkach nim zdążyłam dojść do jakiegoś powtarzającego się płaszcza lub kurtki. Ja tak nie mogę nie chcę. Już chociażby dlatego, że nie miałabym gdzie wszystkich tych ciuchów trzymać 😉

Uświadomiwszy to sobie zrozumiałam, że potrzebuję rozwiązania, które pomoże mi czuć, że mam się w co ubrać z mniejszą ilością rzeczy.

I wtedy byłam gotowa

Po różnych intensywnych czytaniach zrobiłam z głowy listę rzeczy, które uważam za sensowne w mojej szafie (czyli takich które noszę często i chętnie). Potem je wyciągnęłam wszystkie na raz i popatrzyłam w jakich są kolorach. Na tej podstawie zdecydowałam jaka powinna być moja paleta (chodziło o to, żeby nie wymyślać jakiejś abstrakcji, a potem kupować górę ciuchów, żeby ją zrealizować). Potem wykluczyłam to, czego nie chciałam już w mojej odnowionej szafie mieć (i okazało się, że w zasadzie ubranie się nie stanowiło jakiegoś problemu nawet w okresie zanim dokupiłam ubrania zastępujące rzeczy odrzucone). Potem poszłam na zakupy – dobrze zaplanowane i przemyślane i wcale nie gigantyczne.

Ostatnio powtórzyłam z ciekawości krok pierwszy. Znów wypisałam wszystko w czym chętnie i często chodzę. I okazało się, że oscyluję wokół 37 elementów. Czyli działa jak powinno 🙂

Nie lubię stawiać sprawy na ostrzu noża i mówić co na pewno należy zrobić. Najfajniejsze jest eksperymentowanie i naginanie reguł do swojego przypadku. Dlatego opowiedziałam trochę więcej o moim. Chętnie dowiedziałabym się o innych!

Reklamy

2 responses to “Capsule jeszcze

  1. Pingback: Wyjazdowa capsule wardrobe | [in]visible - blog o pieknie codziennosci·

  2. Pingback: Kwestia namyslu | [in]visible - blog o pieknie codziennosci·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s