Uzus a sentyment

Brzmi dziwacznie, wiem. Zamierzam jednak wyjaśnić ten tytuł już za sekundę. A będzie o starych rzeczach.

stare_meble1

Ostatnio przeglądając internet trafiłam na wpis Domowo o kupowaniu starych rzeczy.
Lubię starocie i zainspirowana wpisem zaczęłam myśleć głębiej jaki właściwie mam do nich stosunek.
Wychodzi na to że kluczem jest używanie.

Jak do tego doszłam? Na studiach kiedyś mieliśmy ciekawy wykład o wnioskowaniu. Indukcyjne jest wtedy, kiedy patrzysz na ścianę i widzisz, że biała, następna – też biała, trzecia – biała. I już wiesz: wszystkie ściany są białe. Kiedyś trafiasz na ścianę… niech będzie ostro – kremową. Wówczas teorię falsyfikujesz. Metodą indukcyjną więc – obeszłam cały dom, przyjrzałam się starym rzeczom w nim funkcjonującym i już wiem 🙂

Pozostając w klimatach studenckich odkrycie można opisać tak: kluczem mojego upodobania do staroci jest uzus.

Perła w koronie – kredens

Najbardziej spektakularny jest kredens – z jasnego drewna, z ciężkimi wielkimi szufladami i przeszkloną górą. Ozdobiony misternie rzeźbionymi różyczkami. Stał na strychu, pomalowany domowym sposobem białą farba olejną i pokryty kilkudziesięcioletnią warstwą kurzu. Nikt mu nie dawał szans.

– Chcesz to? Takie okropne stare coś?

– On jest bardzo pojemny, babcia trzymała w nim całą pościel i mnóstwo innych rzeczy, ale nie wiem czy coś z niego będzie…

– Jest fajny, ale zaraz się rozleci, jest cały zjedzony. Korniki i myszy miały mnóstwo czasu, żeby się z nim rozprawić.

I okazało się, że czas miały – to fakt, ale w tym drewnie nie zagustowały. Pan specjalista fachowo go opukał i powiedział że jest krzepki i zdrowy, następnie skrupulatnie zdarł białą farbę, wyczyścił różyczki i tym sposobem teraz ja trzymam w nim całą pościel, ręczniki i jeszcze mnóstwo innych rzeczy.

Pozostałe klejnoty koronne

stary_stolik_nocny

Są jeszcze trzy meble, które wygodnie zadomowiły się w sąsiedztwie funkcjonalnych standardów made by Ikea – stolik nocny przełamujący nudę sypialnianej bieli, komoda, której istnienie chyba przeczuwaliśmy zostawiając akurat tyle miejsca w kącie salonu, żeby weszła i szafa, która po latach służenia dziadkom męża, odmłodniała, goszcząc na swoim kluczyku Pinokia.

stara_szafa

A w kuchni… talerz

Idąc dalej tropem różyczek trafiam do kuchni, gdzie obok naszego całkiem współczesnego kompletu obiadowego mieszka wielki talerz prababci, z intensywnie pomarańczowym wnętrzem i tłoczeniami w srebrne róże. To w zasadzie prawie misa, idealna na owoce, słodkie bułeczki i inne przekąski.

Najciekawsze jest to, że dostałam w celu zawieszenia na ścianie 🙂

stary_talerz

W kuchni mam jeszcze jeden świetny wynalazek – stara bańka na mleko (wszyscy patrzyli na mnie podejrzliwie kiedy bardzo chciałam ją mieć) gromadzi wszystkie przybory w stylu szpatułek, chochli i tłuczków do ziemniaków, które trzeba mieć pod ręką.

banka_na_mleko

Dziś do mapy przyjdzie…

– Skąd TO macie – to najczęstsza reakcja gości. Nie tylko geografów. Każdy miał w szkole geografię z wielkimi mapami, które zawieszało się na tablicy, tak że całkowicie ją zasłaniały. Każdy pamięta skalę zieleni – żółci – czerwieni reprezentujących wysokość npm. Niewiele osób ma jednak taką Azję w kuchni a Amerykę Południową w pokoju dzieci.

Hola hola, a uzus? Jest, a jakże! Kuchenna służy jako umilacz czasu w oczekiwaniu, aż coś się zagotuje, roztopi, jeszcze dopiecze ostatnią minutkę. Zawsze można jakąś ciekawostkę wyszukać w tym międzyczasie. Gorzej, że są wśród nas tacy, którzy na zdecydowanie dłużej mogliby się w mapowych ciekawostkach zatopić. A Amerykę stosujemy jako miarkę – do okazjonalnego sprawdzania ile dzieci urosły. Nadaje się idealnie!

Jak „od projektanta”

Nie wiem czy to nie mój najbardziej współczesny w designie naszyjnik. Bardzo w stylu modnej obecnie geometrii i prostoty. Wygląda jakby ktoś bawił się prostym metalowym łańcuszkiem wiążąc na nim węzełki. Znalazłam go w szkatułce biżuterii mojej babci, wśród wielkich, bogatych pierścionków i wspaniałych zestawów, w których wyglądałabym jak królowa jakiegoś imperium. A obok węzełki – do noszenia nie „na okazje”, z sentymentem – rzecz jasna – ale nie z jego powodu.

stary_naszyjnik

Trzy gracje i sentyment

Torebek jest kilka. Granatową kupiłam kilka lat temu w second handzie na dworcu głównym w Pradze (przed remontem). Koleżanka na jej widok z rozmarzeniem rzuciła: kto wie, do jakiej damy kiedyś należała… Czerwona była własnością babci męża, ponoć lubianą. Brązową mam chyba od mojej babci (choć kojarzę, że leżała w domu bezpańska od zawsze).

DSC_0706

Dopiero po pewnym czasie odkryłam, że wszystkie są niemal identycznej wielkości i bardzo zbliżonej funkcjonalności. Ta ostatnia – z perspektywy osoby marzącej o wielkiej skórzanej typu shopper lub pchającej wózek – jest niestety ograniczona. I niestety – nie, nie używam ich. Oczywiście można sobie wyobrazić „okazję” albo „spacer w leniwą niedzielę” tylko, że nie są to sytuacje torebkowo bardzo typowe.

Na scenę motywów posiadania zakrada się więc sentyment.

Wspomniałam o nim już wcześniej, bo trudno tego uniknąć przy pisaniu o rzeczach starych (więc albo kogoś nam przypominających, albo skłaniających do wyobrażania sobie poprzednich właścicieli, albo chociaż nasuwających wspomnienia okoliczności ich upolowania). Myślę, że sentyment jest sekretem starych rzeczy, ich sztuczką, dzięki której je lubimy. Z jakiego innego powodu chołubilibyśmy ich rysy i przetarcia, gardząc takimi samymi objawami u rzeczy „z sieciówek”?

Podstępy sentymentu

Sentyment jest więc tą magią której nam trzeba, z mojej indukcyjnej wycieczki wynika jednak, że jeśli trzymamy starocie z sentymentu tylko, nie używając ich przy tym normalnie i na codzień, to zabierają nam energię zamiast jej dodawać. Albo trzeba z nich ścierać kurze i uważać, żeby się nie rozbiły, albo wypełniają otchłań szafy czy szafek, stajac się zalążkiem bałaganu i frustracji.

Nie jestem od tego czystego sentymentu wolna, oj nie. Mam odnowioną szafkę wiszącą, której nie da się powiesić, bo drewno jest za słabe. Mogłaby pięknie wyglądać stojąc po prostu na podłodze (lub na czymś innym), ale potrzebne jest dobre miejsce, którego nie mamy…

Mam też tę torebkę – kuferek:

DSC_0708

Kojarzy mi się z jamnikiem, jest bardzo oryginalna i trochę zabawna. Jednak przy tym trochę za bardzo zniszczona a nie mam pomysłu jak odnowić. Zresztą z omówionych wcześniej torebek obecnie w szafie zostawiłam jedną – tę czerwoną, resztę odkładając chwilowo „do namysłu”.

Gdzieś na strychu czy w garażu mamy też odłożone kilka rzeczy, które chcemy mieć „kiedyś indziej” – o ile dobrze pamiętam m.in. wielką łopatę do pieca chlebowego… Czekamy po prostu, aż w przypadku tych rzeczy uzus weźmie się pod rękę z sentymentem. Choć czasem chyba trzeba przestać czekać… Co myślicie?

 

Reklamy

3 responses to “Uzus a sentyment

  1. Pingback: Nie-tu: Praga | [in] visible·

  2. Pingback: Kwestia namyslu | [in]visible - blog o pieknie codziennosci·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s